Zaczęło się od delikatnego mrowienia. Potem stało się codziennym pieczeniem. Wkrótce palce u stóp zaczęły drętwieć, a każdy krok stał się hazardem. Bałem się schodów, krawężników, upadku we własnym domu.
Mój świat stawał się coraz mniejszy. Przestałem chodzić na spacery z żoną. Nie mogłem stać przy kuchence. Gdy przychodziły wnuki, obserwowałem ich zabawę z krzesła — więzień we własnym ciele.



